Jerzy Buzek przewodniczącym Parlamentu Europejskiego - w mediach głośno o "sukcesie historycznym" Polski, co podnoszą też politycy PiS. Mamy dzisiaj wygranego, a dzięki temu - odetchnąć z ulgą może Paweł Graś, rzecznik rządu, obwołany przez niektórych "cieciem". Temat powiązań polityka PO z niemieckim biznesmenem, któremu pilnował willi w podkrakowskim Zabierzowie i prawdopodobnie oszukania skarbówki, spadł na plan drugi.

Sukces Buzka jest wyolbrzymiany przede wszystkim dlatego, że Parlament Europejski ma kompetencje zmarginalizowane, a najważniejsze to m.in. kontrola budżetu, zatwierdzenia Komisji z przewodniczącym i powoływanie Rzecznika Praw Obywatelskich. Większość kompetencji prawodawczych posiada Rada UE, a Komisja Europejska - prawo bezpośredniej inicjatywy legislacyjnej. Dlatego nie potrafię hucznie cieszyć się z "historycznego sukcesu Polski" i podchodzę do niego z dystansem. Na pewno na arenie międzynarodowej wybór Buzka został zauważony i to ogromny plus. Cieszy też, że po 20 latach budowania demokracji, Polak piastuje zauważalne (co nie znaczny znaczące) stanowisko. Były premier zostanie jednak wykorzystany przez Donalda Tuska w potyczkach przed wyborami prezydenckimi. Stanie się kartą przetargową, dzięki której premier będzie mógł się pochwalić zdolnościami negocjacyjnymi, a jeszcze może oskarży Lecha Kaczyńskiego o blokowanie kandydatury Buzka na szefa PE. Jeżeli minister Sikorski potrafi bez cienia wstydu wszczynać kłótnie o brak podpisów pod "setką" nominacji ambasadorskich, to nic mnie już nie zdziwi. I trochę szkoda Buzka pod tym względem.

Temat Buzka przyćmił doniesienia "Rzeczpospolitej", bardzo przykre dla Pawła Grasia. Sam fakt, niezaprzeczalny, mieszkania u niemieckiego biznesmena za friko przez znaczącego polityka, do niedawna zajmującego się służbami specjalnymi, nadaje się do dymisji. Tusk na konferencji prasowej w czwartek oznajmił, że wierzy Grasiowi. Kiedyś niemal identycznie wypowiadał się w sprawie kolejnych kompromitacji Palikota, a jakimś dziwnym trafem tylko Misiakowi się dostało.

Jak ustaliła "Rz", w księgach wieczystych willi nie ma mowy o świadczeniu wzajemnym. Sędzia Beata Turzańska-Szacoń, przewodnicząca zamiejscowego Wydziału Ksiąg Wieczystych Sądu Rejonowego w Krakowie z siedzibą w Krzeszowicach, nie ma wątpliwości, że informacja powinna się tam znaleźć. Właścicielem domu, w którym sprzątał Graś, było Towarzystwo Gospodarcze Agemark z Tychów, które od 20 lat nie istnieje. W księdze wieczystej o tym nie wspomniano, podobnie, jak o decyzji Państwowej Służby Ochrony Zabytków, żeby pałacyk uznać za zabytek. Fakt ów został dopisany 9 lipca. 

Nie interesuje mnie, czy Graś w pałacyku odkurzał, remontował, czy tylko willę dozorował.Mamy do czynienia właśnie z ogromnym konfliktem interesów, ale partia z zasadami tego nie widzi. Sprawa powinna zostać wyjaśniona do końca, ale do tego czasu Graś nie powinien znajdować się na tak wysokim stanowisku. 

Przez kolejne kilkadziesiąt godzin zapomnimy o wstydliwych sprawach Grasia. Będziemy w mediach 20 h w ciągu doby słyszeli o "sukcesie historycznym" Buzka, a 4 h o nowym telefonie Kaczyńskiego, ironizując.